Przystanek zwany parafią – rozmowa ks. proboszczem

W grudniu 2022 roku minęło dwadzieścia pięć lat od dnia ordynacji księdza Michała Makuli, obecnego proboszcza naszej łódzkiej parafii luterańskiej. Ten okrągły jubileusz był dobrą okazją, by porozmawiać o posłudze duchownego w kontekście nie tylko wydarzeń, które miały miejsce na przestrzeni tych lat, ale także współczesnych wyzwań stojących przed Parafią św. Mateusza.

Karol Latocha: O czym myśli młody prezbiter, który już wie, że od tego dnia jest duchownym?
Ks. Michał Makula: Ciężko sobie to pozbierać, to było w końcu dwadzieścia lat temu… Z dzisiejszej perspektywy oceniam to jako wejście w nieznane, w terra incognita i wyobrażam sobie, że powinno być w tym dużo lęku, ale wtedy nie było strachu w ogóle. To było wejście w służbę, które ktoś mógłby nazwać naiwnym, a ktoś inny wejściem w zaufaniu. Chociaż wydawało mi się, że Kościół znam dobrze, bo wyrosłem w nim i wychowałem się w domu pastorskim, to tak naprawdę był to tylko mały odcinek tego wszystkiego, co jest Kościołem, co definiujemy jako Kościół. Myślę, że to dobrze, że nie było wtedy takiej wiedzy o Kościele, bo to pomogło w takim właśnie ufnym wejściu w służbę. To nie była żadna kalkulacja, tylko wejście w zaufaniu, że to jest coś pięknego i takim się okazało, ale absolutnie poza racjonalną oceną rzeczywistości.

Czy zostanie duchownym, dorastając w rodzinie pastorskiej, było oczywistością? Miał Ksiądz wcześniej jakiś inny zawód w planach?
Nie, to nigdy nie jest oczywistość i często dzieci duchownych obierają zupełnie inną ścieżkę, czasem stojącą wręcz w mocnej opozycji do tego, co robili ich rodzice. Ja też miałem taki moment, że myślałem o innych rzeczach. Pierwszym pomysłem było studiowanie na Akademii Wychowania Fizycznego, bo sport był bardzo ważnym wyznacznikiem mojej młodości. Wydawało mi się, że to mogłaby być fajna przygoda. Później, w klasie maturalnej, pojawiła się na chwilę politologia, na którą ewentualnie mógłbym pójść, bo to też był obszar, który zawsze mnie interesował. Koniec końców skończyło się na teologii.

Uważa ksiądz, że lepiej jest jak na teologię idą ludzie młodzi, tuż po liceum, czy jednak jak decydują się na to osoby w późniejszym wieku?
Czasy się zmieniły i Kościół się zmienił. Dwadzieścia lat temu wszyscy byliśmy po maturze, może jedynie pojedyncze osoby próbowały wcześniej innych studiów, ale dziewięćdziesiąt pięć procent z nas to byli ludzie świeżo po egzaminie dojrzałości, zakorzenieni w Kościele od chrztu. Chyba tylko jedna osoba była po konwersji. Przytłaczająca większość studentów to byli ewangelicy z urodzenia, którzy wzrastali patrząc na duchownych oraz na studentów teologii, z którymi jeździli na obozy, czy zjazdy młodzieżowe. Patrzyliśmy na tę służbę właśnie poprzez zaangażowanie w pracę młodzieżową. To, że studenci teologii, czy wikariusze byli naturalnymi liderami tych grup było czyś oczywistym. Byłą cała masa różnego rodzaju obozów w ferie zimowe, czy w czasie letnich wakacji, a za ich organizacje odpowiadało Koło Teologów Ewangelickich. Dzisiaj to się pewnie zmienia i pojawiają się osoby, które mają już jakiś inny zawód, inne wykształcenie i dopiero w późniejszym okresie odkrywają swoje powołanie. Co jest lepsze? Nie mam pojęcia. Na pewno Pan Bóg ma różne pomysły na nas i różne drogi prowadzą do służby w Kościele, a każda jest dobra.

Czy coś z tamtego okresu, na przykład poprzez obserwowanie ojca od małego dziecka, w księdzu zostało i teraz przekłada na dzisiejszą służbę?
Mówiąc o domu rodzinnym mam na myśli mamę i tatę, bo oboje byli zaangażowani w parafię. Chociaż mama jest z wykształcenia ekonomistką, to jednak większość czasu poświęcała parafii razem z tatą i, siłą rzeczy, my jako dzieci też. To było naturalne – zaangażowanie w pracę młodzieżową, w chór parafialny, później stworzenie zespołu młodzieżowego, a jeszcze później moja pasja sportowa przekształciła się w to, że brałem udział w olimpiadach młodzieży ewangelickiej, które wtedy się odbywały corocznie. Treningi, wyjazdy tej grupy sportowej, to była moja działka. To wszystko sprawiało, że Kościół był codziennością. Moja żona Renata też pochodzi z tej parafii, byliśmy razem konfirmowani i byliśmy częścią tej samej grupy młodzieżowej. To wszystko poukładało się w jakiś naturalny sposób. A Kościół to nie tylko elementy duchowe takie jak nabożeństwo, modlitwa, kazania, pieśni i liturgia. Na tą rzeczywistość składa się też to wszystko dookoła niego, w tym przyjaźnie, czy wyjazdy wakacyjne. Natomiast co ja wyniosłem z domu? Na pewno wiarę i przekonanie, że Kościół jest moim środowiskiem w którym się odnajduję. Myślę, że razem z moja żoną w podobny sposób angażujemy się w życie parafii. Nasze dzieci też odnajdują miejsca swojego zaangażowania. Niby wszystko podobnie, ale jednak zupełnie inaczej. Wynik to ze zmieniających się czasów i specyfiki miejsca w którym działamy.

Na pewno w wielu aspektach jestem innym duchownym, niż mój tata. Co nie jest złą oceną duszpasterstwa mojego ojca, ani też pokazywaniem, że to, co ja robię teraz jest takie świetne. Po prostu każdy w swoich czasach, w miejscu, w którym służy, ma swoje zadania do wykonania i tutaj nie da się niczego kopiować. Trzeba znaleźć swoją drogę, bo inaczej człowiek się pogubi i stanie się klonem, a przecież mamy być sobą, bo jednak jesteśmy inni.

Zapytałem o to, bo kiedyś przeczytałem w pewnym komentarzu na forum internetowym wspomnienie o posłudze księdza ojca, w tym wspomnienie pięknie odprawianej liturgii. Zastanawia mnie, czy Księdza podejście do liturgii zostało wyniesione właśnie z tamtego okresu?
Nigdy na ten temat nie myślałem, ale teraz jak pan to powiedział, to faktycznie mój tata dbał o liturgię, a ja przez pięć lat byłem jego organistą. Zwłaszcza o liturgię komunijną, która w wielu miejscach już w ogóle nie jest śpiewana, o modlitwę prefacyjną. Nauczyłem się ją grać, bo mój tata to śpiewał. Było to podkreślenie wagi tego momentu w nabożeństwie, podczas którego modlitwa prefacyjna, słowa ustanowienia i błogosławieństwo są śpiewane. Ale tak mi się ta modlitwa prefacyjna spodobała, że dalej ją śpiewam i być może tutaj się narodziła ta dbałość o liturgię. Nie wiem, ale muszę nad tym pomyśleć. Miałem takie momenty, kiedy uważałem, że to wszystko jest skostniałe i powinno wyglądać inaczej, że powinny wejść jakieś nowe instrumenty. Musiałem się nauczyć, że jednak w tym, co przeżywamy w nabożeństwie, w liturgii, jest jakaś głębia i sens. Być może to też jest właśnie to, co wyniosłem z mojej rodzinnej parafii. Trzeba jednak wspomnieć tutaj również o moim poprzedniku, o śp. księdzu biskupie Mieczysławie Cieślarze, który bardzo dbał o liturgię, był zresztą wykształconym muzykiem. U niego była celebracja liturgii i on też te elementy zawsze śpiewał. Jeden i drugi więc pewnie mieli na mnie wpływ – tata i ksiądz biskup Mieczysław.

Nigdy nie był Ksiądz w Łodzi, zanim został do niej skierowany. Co Ksiądz wtedy myślał w te pierwsze dni, gdy wysiadł z samochodu, gdy zobaczył kościół i poznawał parafię jeszcze jako osoba z zewnątrz?
Duża nadzieje. Przychodziłem tutaj jakby z zupełnie innej rzeczywistości kościelnej, bo wcześniej byłem w Parafii Świętego Krzysztofa we Wrocławiu, czyli malutki, uroczy kościół z XIII wieku, miasto z zupełnie inną historią, wielowiekową tradycją. Stamtąd przybyłem do miasta, które historię ma bardzo bogatą, ale krótką. W ogóle nie znałem Łodzi i trochę mnie to przerażało. Łódź jest miastem nowym o zaskakującej historii i szczerze przyznam, że to nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Ta część Piotrkowskiej, w której się znajdujemy, była wtedy zapomniana i poza terenem Parafii bywało trochę niebezpiecznie. Po przykrych wydarzeniach na początku XXI wieku miasto miało fatalną opinię w mediach a i w Kościele panował obraz łódzkiej parafii jako trudnej. Miałem więc przekonanie, że łatwo nie będzie, ale rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Uczyłem się Łodzi i już po niedługim czasie uznaliśmy ją za nasz dom. Dzisiaj to jest nasze miejsce na Ziemi i staram się odczarowywać błędne i złe opinie o naszym mieście, które czasem gdzieś są jeszcze powielane. Historia Łodzi jest fascynująca i jest na wyciągnięcie ręki, bo kościoły, pałace, fabryki, ale i parki są zachowane i z każdym rokiem pięknieją. Kiedyś padło wobec mnie określenie Lodzermensch i jest to dla mnie największy komplement, jaki można otrzymać. Natomiast co do samego kościoła, to do dzisiaj pamiętam pierwszy raz, kiedy wszedłem do środka i stanąłem z otwartymi ustami. Kościół robił i wciąż robi ogromne wrażenie, jest wyjątkowy, bez dwóch zdań.

Wspomnieliśmy wcześniej o księdzu biskupie Mieczysławie Cieślarze. Jak Ksiądz wspomina okres bycia jego wikariuszem, a potem proboszczem pomocniczym?
Znałem biskupa Mieczysława Cieślara jeszcze z czasów studenckich, był też moim wykładowcą, więc wiedziałem, że to jest dobry człowiek i mówię o tym w pełnym przekonaniu. Nauczyłem się przy nim, że nie trzeba przed szefem stać na baczność, respektował czas wolny, wiedział, że ma się rodzinę i czasem wręcz wyganiał mnie z kancelarii, bym wrócił do rodziny. Bardzo życzliwy, ciepły, niezwykły człowiek, który wprowadzał mnie w rzeczywistość Parafii, miał do mnie ogromne zaufanie jako do współpracownika i który powierzał coraz nowsze zakresy obowiązków. To on zaproponował mi, żebym, po trzech latach bycia wikariuszem, został proboszczem pomocniczym. Był również człowiekiem wielkiej kultury, potrafiącym rozmawiać z ludźmi, bardzo wrażliwym muzycznie i wspierającym wszelkie projekty muzyczne w naszej parafii, dbającym o liturgię. W pamięci pozostają takie nieoczywiste spotkanie, jak przesiadywanie w gabinecie biskupa nad otwartą Biblią i analizowanie tekstów na niedzielę. Był biblistą, wykładowcą Nowego Testamentu, świetnie znał grekę i potrafił cytować nie tylko fragmenty Pisma z Biblii Warszawskiej (wtedy nie było jeszcze Ekumenicznej), ale też po grecku, więc to była niesamowita przygoda go poznać i móc z nim przez sześć lat współpracować.

Jak wyglądało wasze ostatnie spotkanie?
Miało ono miejsce parę dni przed jego śmiercią. Po katastrofie smoleńskiej, w której zginął nasz kolega, ksiądz generał Adam Pilch, proboszcz Parafii Wniebowstąpienia Pańskiego na ul. Puławskiej w Warszawie, ksiądz biskup został jej administratorem, ale przede wszystkim duszpasterzem. Pamiętam, że gdy wyjeżdżał do Warszawy, opowiadał jak trudna jest tam sytuacja. Wiadomo – zginął młody proboszcz, mąż, ojciec. Powiedział, że będzie musiał się teraz bardziej poświęcić tamtej parafii i chce, bym teraz to ja zajął się ogólnym zarządzaniem naszą łódzką parafią (proboszcz pomocniczy zawsze mógł się schować w cieniu proboszcza), liczył, że przejmę również te bardziej wymagające obowiązki. Oczywiście traktowałem to z pewnym dystansem, bo wiedziałem, że nawet jakby coś się działo, to zadzwonię do biskupa i się go poradzę, albo ewentualnie on wtedy wyda jakieś dyspozycje. W życiu bym się nie spodziewał, że za cztery dni trzeba będzie faktycznie przejąć tę parafię, ale już bez możliwości telefonu do przyjaciela, bez jego rady i dobrego słowa. Już więcej się nie zobaczyliśmy. To są takie chwile, w których człowiek nie wie, że właśnie dzieje się coś przełomowego, symbolicznego. Dopiero po pewnym czasie zaczyna sobie to wszystko układać w głowie.

Okres posługi Księdza jako proboszcza zaczyna się tragedią śmierci księdza biskupa. Czy był to jednocześnie najtrudniejszy moment w tej służbie?
Śmierć księdza biskupa jest poza jak wszelką kategorią. Zaczęło się jak u Hitchcoka – trzęsieniem ziemi, a potem napięcie rosło. 10 kwietnia 2010 roku wszyscy byliśmy wlepieni w telewizor i z niedowierzaniem śledziliśmy te szokujące informacje i wsłuchiwaliśmy się w listę osób, które zginęły w katastrofie w Smoleńsku. Osobiście kilka z nich znałem, najlepiej oczywiście księdza Adama Pilcha. W tym czasie w Warszawie trwał Synod naszego Kościoła, odebrałem telefon od biskupa Mieczysława, który powiedział, że nie przyjedzie na nabożeństwo i poprosił, bym poprowadził modlitwę w intencji rodzin przeżywających największą tragedię swojego życia. Potem, osiem dni później, zginął sam ksiądz biskup wracając z uroczystości modlitewnych w Warszawie. Biskup Cieślar reprezentował tam nasz Kościół, a na drugi dzień miał jechać z delegacją do Krakowa na pogrzeb pary prezydenckiej. W ostatniej chwili zrezygnował z tego, by zostać właśnie w parafii na Puławskiej. Wieczorem nadeszła tragiczna informacja – tego telefonu i tego wieczoru nigdy nie zapomnę, bo wtedy stałem się innym człowiekiem. Przez tamtą noc towarzyszyłem najbliższym biskupa, ale też musiałem dojrzeć do pewnych decyzji. Miałem świadomość trudności, która są przed parafią – zwłaszcza w tym obszarze duszpasterskim i administracyjnym. To był bardzo trudny rok, gdyż dotknęły nas skutki kryzysu gospodarczego 2008 roku i po raz pierwszy w historii przyjęliśmy na Zgromadzeniu Parafialnym budżet z dziurą budżetową. Oprócz tego mieliśmy wiele problemów związanych z nieruchomościami oraz cmentarzem. W bardzo krótkim czasie trzeba było odpowiedzieć sobie na wiele trudnych pytań dotyczących przyszłości Parafii i jej rozwoju. A to wszystko w momencie straty wyjątkowego człowieka: duchownego, męża, ojca, przyjaciela.

Wszyscy pamiętamy też wydarzenia z 2014 roku i złamany krzyż na wieży…
Gdybym miał wtedy wiedzę, którą mam dzisiaj, to zupełnie inaczej by to wszystko wyglądało, ale z reguły jak coś przydarza się nagle, to nie jesteśmy na to przygotowani. Pojawili się wtedy ludzie, którzy chcieli wyłudzić pieniądze i nakręcali tę całą sytuację. Dzisiaj wiem, jak zdejmuje się krzyż z osiemdziesięciometrowej wieży i wcale nie trzeba tego robić tak spektakularnie. Można zrobić dużo prościej i bez rozgłosu, bo w ten sam sposób postawiliśmy nowy krzyż – po prostu nagle się pojawił i dopiero później to ogłosiliśmy. To są takie doświadczenia, które nas kształtują i sprawiają, że zdobywamy wiedzę o ludziach, na których zawsze można liczyć, ale też o takich, którzy niby chcą pomóc, ładnie się uśmiechają, a tak naprawdę próbują coś na tym ugrać. W tym samym roku z dnia na dzień wypowiedziano nam umowę na ogrzewanie kościoła parą przemysłową, co było bardzo szybkim i wydajnym systemem, ale przemysł upadł, a utrzymywanie nitki tylko dla dwóch odbiorców w całym mieście – Parafii i Szkoły Muzycznej na ul. Sosnowej – nie było już możliwe. Stanęliśmy więc przed groźbą, że kościół będzie zimny. Uważam, że misja Kościoła, oprócz głoszenia dobrego słowa, powinna dziać się w pięknej i przyjaznej przestrzeni, czyli temperaturze, która jest znośna. Dzięki środkom z Unii Europejskiej udało nam się zbudować nie tylko nowy węzeł grzewczy, ale także odnowiliśmy elewację kaplicy, wymieniliśmy posadzkę, uszczelniliśmy okna i wyremontowaliśmy witraże. Przez cały remont, czyli rok, nabożeństwa odbywały się w „Mateusiku”, co wielu uważało za dobre przeżycie i sprawiało, że byliśmy bliżej siebie. Można powiedzieć, że Święty Mateusz nigdy w swojej historii nie miał sezonu jesienno-zimowego bez ogrzewania i ten standard chcemy utrzymać.

A jak wspomina Ksiądz okres pandemii COVID-19 i wojny za naszą wschodnią granicą?
Pandemia jest jeszcze wydarzeniem bardzo świeżym, ale już dzisiaj widzimy, że ludzie dzielą czas na ten przed i po pandemii. Chyba nawet rok 1989 nie wywarł takiego piętna i nie był takim przełomowym momentem w świadomości ludzi, jak właśnie pandemia, a dzisiaj też wojna. To były trudne chwile, bo nikt nie wiedział, jak to się rozwinie. Napływające informacje były tragiczne, więc zapadła trudna decyzja o zamknięciu kościoła, co dla duchownego stanowiło niezwykle trudne doświadczenie. Ale nie tylko to – także czteroosobowe pogrzeby odbywające się wyłącznie nad grobem, bez możliwości wejścia do kaplicy, ludzie, którzy umierali w szpitalach i domach, do których nie można było pójść z komunią, modlitwą i dobrym słowem.

No i później mamy wojnę w Ukrainie. Niczego nie planowaliśmy, bo nikt tak naprawdę tej wojny się nie spodziewał. Natomiast kiedy się to wszystko zaczęło i kiedy ludzie zaczęli uciekać, dostaliśmy pierwszy telefon, z Izby lekarskiej po sąsiedzku. Jej prezes zadzwonił z informacją, że jakieś rodziny lekarzy z Kijowa jadą do Polski, ale nie mają ich gdzie przenocować. Zapytał, czy będziemy mogli ich przygarnąć, przynajmniej na parę dni. Oczywiście wiedzieliśmy, że warunki mamy jakie mamy, ale przyjmiemy. Ostatecznie te rodziny lekarskie nie dojechały do Polski, bo nie wypuszczano lekarzy z ogarniętego wojną kraju, ale już na drugi dzień pojawiła się u nas Wiktoria z rodziną. Później były kolejne telefony i każdemu, kto prosił, nie odmówiliśmy pomocy. I tak doszliśmy do liczby trzydzieścioro sześcioro uchodźców w szczytowym momencie.

To chyba uczy, że czasami niewiele potrzeba, by zmienić rzeczywistość.
Tak. Czasami nam się wydaje, że trzeba robić duże projekty, planować, zbierać budżet, mieć to wszystko starannie przemyślane. Zapewne w wielu przypadkach to jest pomocne, ale są sytuacje, kiedy nie można tego się trzymać lub kiedy zaczyna się to wymykać spod kontroli. Nie żałuję, że działaliśmy wtedy sercem, a nie rozumem, bo na zdrowy rozum, gdybyśmy zaczęli kalkulować i sztywno trzymać się określonych wytycznych, to nie miało prawa się udać. Tutaj należą się ukłony dla Rady Parafialnej, bo gdy ktoś dzwonił z prośbą o pomoc, ja od razu podejmowałem decyzję, a dopiero później, z opóźnieniem informowałem o tym Radę Parafialną. Panowało jednak zrozumienie i otwartość, nie tylko Rady Parafialnej, ale i całej parafii, bo wszyscy pomagali, również ci, którzy już dawno nie mieli z nią kontaktu. Widząc, co się dzieje, nie stali obojętnie. Także dużo osób z zewnątrz, często zupełnie anonimowych, wspomagało nas poprzez dostarczanie niezbędnych rzeczy, robienie zakupów, opiekowanie się uchodźcami w tych pierwszych dniach lub po prostu poprzez wpłatę pieniędzy, które pozwalały nam na to, by ich tutaj utrzymać. To był czas ogromnego zaufania. Racjonalnie nie byliśmy na to przygotowani, ale jednak się udało i jest to dowód, że Pan Bóg działa.

To faktycznie był czas zgody, nikt nie miał wątpliwości, jak należy postąpić w tej kryzysowej sytuacji. Jednak teraz doświadczamy sporów i poważnych napięć społecznych. Rozmawiamy równo tydzień przed pierwszym spotkaniem z cyklu „Rozmów u Świętego Mateusza”, które poświęcone będzie temu zjawiskowi i od razu nasuwa się pytanie, czy dostrzega Ksiądz takie podziały w Parafii i jak sobie z nimi radzi jako duszpasterz?
W Parafii mamy pełny przekrój społeczeństwa – zarówno ludzi bardzo biednych, jak i tych, którzy odnieśli dosyć duży sukces w wymiarze materialnym. Mamy ludzi, którzy mają swoich faworytów po obu stronach politycznego sporu, który dzieli dziś Polskę na pół. Te podziały, które są w społeczeństwie, są również obecne także u nas. Przypomina mi się historia sprzed kilku lat, gdy po nabożeństwie wigilijnym, kiedy się żegnaliśmy przy wyjściu z kościoła, pewna rodzina powiedziała mi, że dzisiaj nie spotkają się ze swoimi bliskimi, bo oni głosują na tę drugą stronę. Spory polityczne doprowadziły do tego, że rodzina nie spotkała się na wieczerzy wigilijnej! Było to dla mnie niezwykle smutne. Po co przeżywamy Boże Narodzenie? To przecież początek czegoś nowego, to jest szansa dana nam co roku, by zobaczyć, że może być inaczej, że można się pojednać. A jednak ta rodzina wychodząc powiedziała, że oni ten wigilijny wieczór spędzą sami. Podziały są więc obecne i tak, jak przebiegają poprzez rodziny, tak samo poprzez parafię. A ona ma być miejscem jednoczącym, co nie wszystkim się podoba. W dobie tak gorącego sporu, jaki mamy od kilku, może kilkunastu lat w Polsce, ludzie chcą wyraźnego określenia się po jednej lub drugiej stronie. Część tych ludzi oczekiwałaby tego samego w Kościele, by było wiadomo po której ze stron opowiada się ksiądz. Ja oczywiście mam swoje poglądy polityczne, chodzę na wybory, mam swoich faworytów i tych, których lubię bardziej i których mniej. To jest jednak moja prywatna opinia i w prywatnych okolicznościach argumentuję swoje stanowisko, natomiast Kościół nie jest od tego. Nie jest partią polityczną i nie może być sympatykiem takich czy innych poczynań politycznych. Nie jest od wskazywania na kogo głosować. Wierzę, że skoro Pan Bóg dał nam rozum, to też chce byśmy go dobrze wykorzystywali. Ewangelicka etyka odpowiedzialności, każe mi nieść odpowiedzialność za moje wybory.

To w kwestiach politycznych. A czy Kościół może zabierać głos w ważnych sprawach społecznych i wybierać konkretną stronę?
Kościół zawsze musi stać po stronie najsłabszych, czyli tych, którym zabiera się lub ogranicza wolność oraz tym, którym państwo robi krzywdę, którym nie pomaga i którzy nie mogą się bronić. Wtedy nie może milczeć, mówić, że nic się nie dzieje. Wtedy ma, jak i każdy człowiek, obowiązek stawać po stronie słabszych, bo tak robił Jezus, a Jezus stawał po stronie słabszych. Nigdy nie stawał po stronie możnych tego świata – elity sobie poradzą. Natomiast Kościół nie jest też od tego, by dążyć do zmiany prawa, czy wpływu na decyzje polityków – to nie jest jego rola. On w swoim nauczaniu ma prowadzić ludzi do tego, by dokonywali dobrych wyborów, ale nie może im niczego narzucać, wypowiadać się w sposób kategoryczny. Koniec końców wybór należy do człowieka, zarówno jeśli chodzi o sferę etyczną, polityczną, gospodarczą czy rodzinną. Ma głosić Ewangelię i na Jej podstawie wierni mają dokonywać wyborów ze świadomością odpowiedzialności, którą one ze sobą niosą. Tej odpowiedzialności nie zdejmie z nich ani żaden biskup, ani żaden proboszcz, ani żaden Kościół.

Chyba jest pewna trudność w zachowaniu równowagi pomiędzy niestawaniem po stronie politycznej a zabieraniem głosu w sprawach społecznych, bo niektóre z nich są automatycznie łączone z konkretną opcją polityczną. Pamiętam sytuacje, w których część Kościołów i duchownych jasno wskazywała po której stronie takiego sporu się znajdują, co od razu „zapisywało” ich do szeregów zwolenników tej czy innej polityki. Jak więc zabierać głos, by nie wykluczać i by każdy, niezależnie od swoich poglądów, mógł się odnaleźć w parafii?
Musimy być świadomi pewnych mechanizmów. W 90 procentach przypadków to politycy wciągali duchownych lub przedstawicieli Kościołów w dyskusję, do wypowiedzenia się. Nie widzę w tym interesu Kościołów czy poszczególnych duchownych, ale raczej interes polityczny polityków, którzy rzucają jakieś hasło, wywołują tym ferment i ludzie zaczynają tłuc się po głowach. To właśnie cynizm polityki, że wykorzystuje się ważne tematy, często będące ludzkimi tragediami, widząc w tym interes polityczny. Część duchownych oraz przedstawicieli Kościołów wchodzi w tę narrację i opowiada się po jednej lub drugiej stronie sporu politycznego. Ewangelicka etyka odpowiedzialności mówi bardzo wyraźnie, że każdy człowiek sam niesie odpowiedzialność za swoje życie. W przestrzeni państwa potrzebujemy prawa i regulacji prawnych, a nawet przemocy w sensie sprawowania władzy poprzez służby mundurowe, bo mówiąc językiem Lutra i jego myśli politycznej, gdybyśmy mieli w stadzie same owce, nie potrzebowalibyśmy wojska. Jednak w tym stadzie pojawiają się również wilki i by chronić owce przed tymi wilkami, musimy mieć do tego stosowne narzędzia. Wierzę, że w Kościele mamy nie bezmyślne owce, ale tylko te mądre. Etyka odpowiedzialności sprowadza się do tego, że to ja sam rozważam w swoim życiu co jest dla mnie dobre, a co złe, jak i co jest dobre dla drugiego człowieka. Niektóre wybory dokonywane przez moich parafian mogą mi się nie podobać. Mogę wyobrażać sobie, że na ich miejscu wybrałbym inaczej (chociaż tak naprawdę nikt nigdy nie przeżył życia drugiego człowieka, więc nie wie, jakie składowe złożyły się na taką, a nie inną decyzję), jednak jako duszpasterz nie mogę się odwrócić od takiej osoby, piętnować ją, wytykać palcem, nakładać kary, straszyć i pozostawić samą sobie. Mam być zawsze przy niej i ją prowadzić. Jestem po to, by jej pomóc, ale nie ściągnę z niej ciężaru odpowiedzialności.

Taka jest rola duszpasterza? Towarzyszenie ludziom w ciężkich momentach?
Żeby było jasne – duszpasterstwo nie sprowadza się tylko do trudnych i ekstremalnych sytuacji. Duszpasterzem jest się w radosnych jak i trudnych chwilach życia swoich parafian. W tej służbie jest dużo rzeczy pozytywnych, ale mało o nich mówimy, bo łatwiej przychodzą na myśl te trudne. Duchowny ma być ze swoimi parafianami w ich radościach jak i smutkach, ma ich wspierać niezależnie od poglądów politycznych i wyborów, których dokonują.

Może zejdźmy z tych ciężkich, społecznych tematów i wróćmy do spraw bardziej przyziemnych. Jak przez te lata Księdza posługi zmieniała się łódzka parafia?
1 lipca 2024 roku minie dwadzieścia lat odkąd jestem z rodziną w Łodzi, a w dzisiejszych czasach to bardzo dużo, więc i zmian nie było mało. Przede wszystkim zauważalna jest zmiana pokoleniowa – wielu parafian, którzy mnie tutaj witali, już odeszło z tego świata. Nie ma wśród nas wielu członków tamtej Rady Parafialnej. Mam ich we wdzięcznej pamięci i dziękuję za nich Panu Bogu. Zmieniła się też struktura parafii – wtedy większość stanowili ewangelicy z urodzenia. W wielu przypadkach to byli już ostatni ewangelicy w swojej rodzinie, bo z różnych powodów, zwłaszcza sytuacji powojennej, nie mieli odwagi albo siły walczyć o to, by ich dzieci trwały w tym Kościele. Odprowadzając ich na miejsce spoczynku, na pogrzebach ludzi bardzo zasłużonych i oddanych parafii, często byłem jedynym ewangelikiem. Obecnie prawie sześćdziesiąt procent parafian to ludzie, którzy są ewangelikami z wyboru, którzy świadomie wybrali ten Kościół, co też nie jest łatwą decyzją w dzisiejszych czasach. Spoglądam na nich z bardzo dużym podziwem, gdyż podjęli decyzję niełatwą dla ich rodziny, środowiska i w końcu ich samych, niosącą określone konsekwencje. Parafia zmieniła się także demograficznie. Na początku mojej służby było bardzo dużo osób starszych i mało dzieci. Dzisiaj mamy szerokie spektrum parafian w postaci dzieci, seniorów oraz średniego pokolenia, którego nie było w ogóle lub było nielicznie reprezentowane dwadzieścia lat temu.

Jak tak duża liczba ewangelików z wyboru wpływa na charakter parafii?
Parafianie z wyboru są bardziej świadomi tego, kim są, bo jeżeli się w czymś wychowało, to nie zawsze się to docenia. Jeżeli ktoś nigdy nie podjął trudu poszukiwania swojego miejsca w Kościele (co nie znaczy, że jeżeli ktoś wyrósł z tym Kościele, to nie może tych pytań mieć, bo jeżeli ma, to bardzo dobrze, że je stawia) często sobie odpuszcza – jestem ewangelikiem, parę razy w roku się pojawię, opłacę składkę parafialną, kartoteka jest, parafia jakoś funkcjonuje, a ja na jej marginesie. Różnicę widać na przykład w Radzie Parafialnej – ponad połowa tych, którzy się angażują, jest po konwersji. W wielu tych aspektach, w których potrzebujemy wsparcia wolontariuszy, na przykład, przy Święcie Parafialnym, warsztatach, zjeździe chórów, mogliśmy liczyć przede wszystkim na wsparcie tych, którzy są w parafii od niedawna. Oni chcą się angażować, chcą dać z siebie coś dla parafii, ale też przez to poznać ją lepiej i siebie wzajemnie. Oczywiście nie chcę w jakiś sposób piętnować ewangelików z urodzenia, bo sam siebie musiałbym piętnować, ale to, co dla mnie jest oczywiste, jako dla ewangelika z urodzenia, dla wielu osób z zewnątrz jest czymś zupełnie nowym, czymś odkrywczym i czym potrafią się zachwycać. Dzięki ich zachwytowi również i ja zaczynam na nowo się zachwycać. Potrzebujemy siebie wzajemnie, czyli zarówno ewangelików z urodzenia, by ewangelicki tok myślenia i postępowania oraz ewangelicką pobożność przekazywać dalej, jak i tego zachwytu nowych parafian, którzy przypomną nam o tym, co również jest ważne w wierze. Pierwszy lepszy przykład to Komunia Święta – dwadzieścia lat temu zdarzały nabożeństwa z Komunią, gdzie nikt do niej nie przystępował. Dzisiaj mam pewność, że z tego daru Komunii wielu chce jak najczęściej korzystać.

Czy można powiedzieć, że w dobie tak zwanego kryzysu wiary i odchodzenia od wiary, łódzka parafia parafia luterańska radzi sobie nadzwyczaj dobrze?
Myślę, że w każdej sytuacji życiowej trzeba czasem sięgnąć dna, by mieć się od czego odbić. Bardzo chciałbym wierzyć, że my już tego dna dotknęliśmy – sto lat temu liczba ewangelików w Łodzi sięgała prawie stu tysięcy, a osobiście pamiętam czasy, gdy wychodząc z prezbiterium na nabożeństwo widziałem jedynie dwadzieścia, może trzydzieści samych siwych głów. To było wtedy przerażające, bo można było odnieść wrażenie, że chyba coś się kończy. Ale nagle odbiło i tuż przed pandemią realną liczbą wiernych na nabożeństwie było nawet sto pięćdziesiąt osób, a w większe Święta dochodziło do trzystu. Oczywiście po pandemii trochę się to zmieniło, ale mamy teraz transmisje internetowe, więc część ludzi wybiera taką formę uczestnictwa w nabożeństwie i jakby zsumować tych fizycznie obecnych w ławach oraz uczestniczących zdalnie, to osiągamy podobne liczby, jak przed pandemią. Trzeba też dodać, że nagrania można odtwarzać również w późniejszym czasie, więc liczba, do której trafiamy jest jeszcze większa. Mam nadzieję, że po dnie już szorowaliśmy, a teraz nadszedł czas wzrostu. Delikatnego, bo to nie są spektakularne liczby, jeśli spojrzymy na miasto, w którym żyje prawie siedemset tysięcy mieszkańców, a konwersji mamy kilkanaście w skali roku. Część ludzi dystansuje się wobec Kościoła, a odsetek przechodzących do innych Kościołów nie jest duży. Ale Kościół nigdy nie miał być większościowy. Wręcz mamy zapowiedzi, że prawdziwie wierzący zawsze będą w mniejszości. Nie szokują mnie liczby odchodzących od Kościoła bo należałoby zadać najpierw pytanie, czy oni tak naprawdę kiedykolwiek w nim byli w takim świadomym sensie? Czy to, co się w nim działo było autentycznie zgodne z ich duchowością i wiarą? Czy było może po prostu powierzchownym chrześcijaństwem? Mam wrażenie, że ten błąd w historii Polski popełniony ponad tysiąc lat temu, a w historii całego chrześcijaństwa w IV wieku, gdy stało się ono religią panującą, spowodował, że zaprzestano ewangelizacji. Chrystianizację uznawano za akt polityczny, podobny w naszych czasach do przystąpienia, na przykład, do Paktu Północnoatlantyckiego, czyli wejścia w sferę wpływów zachodniego lub wschodniego chrześcijaństwa, co dawało konkretne korzyści związane z bezpieczeństwem i układami politycznymi. Teraz widzimy, że ci, którzy faktycznie wierzą i są świadomymi chrześcijanami, pozostaną w Kościele, a odejdą ci, dla których ważny był sam obrzęd taki jak chrzest, przejście po czerwonym dywanie w chwili ślubu kościelnego albo ksiądz obecny na pogrzebie (bo tak wypada, inaczej sąsiedzi będą gadać). To się zmienia i dobrze, że się zmienia. Chodzi o to, by wiara była świadoma. Nie jestem zwolennikiem teologii sukcesu i nigdy nie będę się zachłystywał statystykami, bo to tylko liczby. Ludzie odchodzą i przychodzą. To też musimy sobie jasno powiedzieć, że na przestrzeni ostatnich 20 lat mieliśmy około dwustu konwersji. Nie wszyscy są w Kościele, nie wszyscy się w nim odnaleźli. Czasami był to taki słomiany zapał, który potem gdzieś się wypalił. Więc to nie jest tak, że każda konwersja równa się sukces i nowa osoba w Kościele. Jednak dla mnie ważne jest to, by ludzie mieli świadomość, że ta parafia istnieje. To trochę jak z przystankiem autobusowym – jedni regularnie na tym przystanku wysiadają lub czekają na nim na kolejny środek transportu, inni tylko od czasu do czasu, a jeszcze inni tylko obok niego przejeżdżają, ale widzą go, mijają każdego dnia i wiedzą, że on jest i jak będą potrzebowali się zatrzymać, schronić przed deszczem lub wiatrem, to będą mogli to zrobić. Widzę w Kościele, że ludzie, którzy teraz są, nagle znikają, a potem znowu pojawiają się w różnych okolicznościach swojego życia. Dla mnie ważna jest ich świadomość, że mogą przyjść i że nikt ich stąd nie wyrzuci ani nie wypomni im ich nieobecności. A jeżeli ktoś będzie chciał to zrobić, to ode mnie pierwszy dostanie po głowie (śmiech). Różne są historie ludzkie i różnie się w tym życiu układa. Są tacy, którzy są zawsze, inni się pojawiają od czasu do czasu, ale są też tacy, którzy nie potrzebują formalności, to coraz większa liczba tzw. sympatyków, bardzo zaangażowanych w życie parafii. Dla mnie taki człowiek jest równorzędnym parafianinem w sensie duchowym, bo w sensie formalnym oczywiście ma mniejsze prawa niż ewangelik po konwersji. Zachęcam do wstąpienia, bo szkoda, że te osoby nie mogą być członkami Zgromadzenia Parafialnego, nie mogą brać udziału w wyborach itd. Jednak Kościół to nie liczby, a parafia ma być dla wszystkich.

Jakie są plany parafii na najbliższe od lata? Czy będzie remont wnętrza kościoła?
To jest pytanie, które od jakiegoś czasu mi towarzyszy, a nasiliło się po obchodach 95-lecia istnienia łódzkiej Parafii. Po dziesięciu latach od ostatniego dużego remontu dobrze było coś w kościele zrobić. Są przymiarki do remontu wnętrza Kościoła, ale gdybyśmy chcieli zrobić wszystko, łącznie z organami, to według wyceny z 2019 roku (czyli sprzed inflacji), potrzebowalibyśmy na to dwudziestu milionów złotych, co jest oczywiście poza naszym zasięgiem. Staramy się o pozyskiwanie środków. Chcemy rozpocząć od osuszenia fundamentów kościoła bo mury jednak ciągną wilgoć, a następnie etapami robić to, co jest najważniejsze. Tak naprawdę nie musimy remontować całego wnętrza, trzeba wybrać te elementy, które wymagają naszej największej uwagi i systematycznie, krok po kroku realizować te cele. Jednak to są dla mnie plany drugorzędne, bo ważniejsze jest to, że nie pada nam na głowę, mamy ogrzewanie i stać nas na to, by z niego korzystać. A zawsze w parafii najważniejsi są ludzie i bardzo bym chciał, żeby rosła duchowo, żeby ci, którzy tu przychodzą byli, przede wszystkim, świadomymi chrześcijanami, a później dopiero ewangelikami, by dużo czerpali z tego, co się tutaj dzieje i również dużo dawali z siebie, by się poznawali i chcieli wspólnie spędzać czas. To, czy będzie bardziej przybrudzone wnętrze, czy świeżo malowane, jest wtórne. Najważniejsze, by ludzie wypełniali tę przestrzeń. A gdzie dwóch lub trzech, tam Bóg też jest pośród nich.